NAJCZĘŚCIEJ SPOTYKANI

Takich uczonych, takich autorytetów najczęściej jednak nie spotykamy osobiście w życiu, spotykamy się najwyżej z ich dziełami, najczęściej przysypanymi popiołem minionych stuleci. Powstaje teraz istotnie ważne zagadnienie ustosunkowania się historyka do autorytetu. Problem to pełen sprzeczności. Z jednej bowiem strony od wczesnego okresu studiów przyzwyczajano nas do szanowania autorytetów, opierania się na nich, dziś jeszcze nieraz dla poparcia własnego sądu przypominamy, że w tej sprawie opieramy się na autorytetach tak poważ­nych historyków, jak… (tu następują nazwiska). Nawyk ten pozostaje w nas na stałe, mimo że niejednokrotnie przekonaliśmy się, jak niepewny bywa autorytet nawet wielkiego uczonego i chociaż wiele z uznawanych dawniej dziś przestało być dla nas autorytetami.

DRUGI TYP AUTORYTETÓW

Drugi typ autorytetu naukowego to uczony o rozległej wiedzy, dosko­nałej znajomości warsztatu naukowego, piszący nawet mało, jednak rzeczy, które stanowią ważne pozycje w nauce, które w jakiś sposób przyczyniły się do pchnięcia w pewnych dziedzinach naprzód nauki historycznej. Za­szeregowałbym tu również uczonych, którzy zasłynęli z zastosowania nowej metody naukowej, nowego odczytania źródeł, w konsekwencji też spojrzeli w sposób nowy na znane historykom zagadnienia. Można by wreszcie mówić o trzecim typie historyka, który stworzył nową koncepcję zrozumienia historii, spróbował odpowiedzieć nie tylko wie es ge- wesen albo wie es geworden, ale jaki sens ma w ogóle historia albo lepiej powiedziawszy – do czego dzieje zmierzają, jak wytłumaczyć ten nie kończący się proces rodzenia, budowania, tworzenia i zgonów.

DLA MŁODEGO CZŁOWIEKA

Dla młodego człowieka rozpoczynającego studia historyczne w większościwypadków pierwszym autorytetem staje się jego pierwszy profesor. Spotyka­łem się z wypadkami, kiedy jako o autorytecie mówiono o ludziach, którzy w żadnym wypadku takimi autorytetami nie byli. Trzeba jednak stwierdzić, że stosunkowo szybko nawet młody człowiek uczy się odróżniać ziarno od plewy i akceptuje jako autorytety naukowe ludzi, którzy istotnie nimi są. Spróbujmy bez ambicji do pełnego wyczerpania zagadnienia ustalić główne rodzaje autorytetów historycznych. Na pierwszym miejscu, wydaje się, na­leżałoby postawić uczonego o rozleglej wiedzy, poważnej twórczości nau­kowej, szerokich horyzontach umysłowych i zdolności do formułowania poważ­nych sądów naukowych.

NAOCZNY ŚWIADEK

Ważne jest, czy autor był naocznym świadkiem wypadku, jeśli nie, czy mógł zdobyć wiadomości wiarygodne. Od pierwszej chwili dąży historyk do tego, by informację pochodzącą od jednego autora skontrolować za pomocą innego źródła. Wszak już w średnio­wieczu znano powiedzenie, że wiadomość pochodząca od jednego człowieka jest wiadomością połowiczną, niepewną.Sprawa autorytetu przekazu źródłowego to zagadnienie obszerne, nie nadające się do tego, by je tu gruntownie omawiać. Na szczęście zajmowali się nim wszyscy autorzy metodologii historii, dzięki czemu też możemy czytelnika do tych dzieł odesłać. W krótkiej mojej rozprawce zamierzam- zająć się sprawą inną, mianowicie sprawą autorytetu uczonego historyka.

AUTORYTET W NAUKACH HISTORYCZNYCH

Uczeni zajmujący się klasyfikacją nauk stwierdzają dość często, że historia jest nauką opartą przede wszystkim na autorytecie. Rzecz oczywista, mówiąc czy pisząc tak, myślą przede wszystkim o autorytecie, jakim jest dla historyka przekaz źródłowy. Rzeczywiście każdy historyk, przystępując do pracy, musi dokładnie rozważyć sprawę autorytetu źródła, na którego podstawie przy­chodzi mu pisać dzieje. Jedną też z pierwszych czynności historyka jest zbadanie autorytetu twórcy danego źródła. Historyk musi postawić tu wiele pytań, przede wszystkim ustalić, kim był autor źródła, chodzi zarówno o jego stanowisko, jak i osobowość. Inaczej bowiem informuje o wypadkach wysoki urzędnik, inaczej prosty obywatel. Inną wartość ma informacja pochodząca od człowieka cenionego ze względu na swą prawdomówność, inną informacja pochodząca od notorycznego plotkarza.

DOSTRZEGANIE I DOCENIENIE

Według pierwszej stanowi ono symptom dostrzegania i doceniania nie­kwestionowanego dorobku nauki jako całości, dorabiania się przez nią swoiste­go „paradygmatu” stanowiącego wspólny punkt wyjścia do dalszych poszu­kiwań i dyskusji. Według interpretacji pesymistycznej obecność „klasyków” w socjologii współczesnej byłaby jedynie pochodną jej zaawansowanej insty­tucjonalizacji i wzmożonej tolerancji poglądów innych przedstawicieli tego sąmego fachu, tolerancji, która płynąć może po prostu z braku rzeczywistego zainteresowania. Skłonny jestem sądzić, że — mimo wszystko — słuszniejsza jest pierwsza interpretacja.  Ujęcie słowa „paradygmat” w cudzysłów wydaje się niezbędne dla podkreślenia, że zostało ono użyte w znaczeniu bardzo odległym od tego, którym operuje Kuhn. Użyłem tego słowa w tym celu, aby zwrócić uwagę na sytuację, w której społeczność uczonych nie rozporządza jeszcze paradygmatem w sensie ścisłym, niemniej osiąga już pewien poziom zgody co do tego, jakie problemy są rzeczywiście w danej nauce ważne i wymagają w pierwszej kolejności rozwiązania.

NIEZBĘDNE W SYTUACJI

W tej sytuacji niezbędne stają się takie narzędzia opisu przemian zachodzących w socjologii, które umożliwiałyby z jednej stro­ny zdawanie sprawy z postępów integracji, z drugiej zaś – uwzględnienie trwającej i odnawiającej się dezintegracji; stąd zawarta w tym artykule propozycja ujęcia problemu autorytetu. Analiza procesów rodzenia się „klasy­ków” umożliwia nam wgląd w zjawiska integracji socjologii, zaś obserwacja funkcjonowania tych samych i innych autorów jako „mistrzów” dostarcza dodatkowego materiału na temat żjawisk jej dezintegracji. Pojawienie się w socjologii współczesnej pewnej liczby niewątpliwych „klasyków” poddaje się dwojakiej interpretacji: optymistycznej i pesymistycz­nej.

SZUKAJĄC ODPOWIEDZI

Szukając odpowiedzi, już to uwydatnia się przesadnie wszelkie symptomy jedności, już to poprzestaje na konstatacji, że podziały jak były, tak są. Tymczasem najciekawszym bo­daj fenomenem socjologii współczesnej jest to, że postępom integracji to­warzyszą nowe zróżnicowania i podziały, walka zaś „szkól toczy się w warunkach względnej jedności, której podstawą jest zarówno poczucie przynależności do tej samej społeczności uczonych (co ma zresztą swoje instytucjonalne odpowiedniki), jak i pewien zasób wspólnych pojęć, proble­mów i lektur, nie dający się przez żadnego socjologa po prostu zigno­rować. Każdy, kto zajmował się systematycznie socjologią współczesną, zdaje sobie sprawę, jak trudno jest wyodrębnić w niej zamknięte w sobie „szkoły”: wszelkie możliwe podziały wielorako się krzyżują, a poszczególnych autorów trudno na ogół jednoznacznie przyporządkować do jednej i tylko jednej orientacji teoretycznej.

ZŁOŻONY PROBLEM

Dzieje się tak i dziać musi tak długo, jak długo socjologia jest obszarem zasadniczych sporów teoretycznych i me­todologicznych.Sformułowane wyżej pytanie dotyczy więc w istocie tego, w jakiej fazie integracji teoretycznej znajduje się obecnie socjologia i jaki jest jej kierunek rozwoju pod tym względem. Problem to nadzwyczaj złożony, toteż nie za­mierzam zatrzymywać się nad nim dłużej tym bardziej, że zaprowadziłoby to nas w rejony nazbyt odlegle od właściwego tematu tego artykułu. Warto jednak zwrócić uwagę, iż nad rozważaniami z tego zakresu ciąży od dawna pewna symplifikacja, która utrudnia rozumienie i dostrzeganie odbywających się procesów. Otóż skłonni jesteśmy sprowadzać wspomniany problem do pytania: Czy istnieje już jedna nauka socjologii, czy też nadal dyscyplina ta pozostaje rozbita na wielość „szkół” i kierunków?

HISTORYCZNE NASTĘPSTWO

W związku z tym nasuwa się pytanie: Czy istotnie mamy do czynienia z historycznym następstwem typów autorytetu naukowego w socjologii, czy też może raczej naukę tę-cechuje trwałe współistnienie obu? Czytelnik za­uważył zapewne, iż w moim dotychczasowym wywodzie były zawarte obie supozycje. Wydaje się, że w pewnych granicach prawdziwa jest zarówno jedna, jak i druga. Następstwo historyczne ma miejsce w tym sensie, że dopiero na pewnym etapie swego rozwoju socjologia dorabia się swoich „klasyków”, a ponadto każdy „klasyk” jest w niej najpierw „mistrzem” je­dynie swojej własnej „szkoły”. O współwystępowaniu możemy mówić w tym sensie, że ugruntowanie się autorytetu pewnej liczby „klasyków nie kończy bynajmniej ery pojawiania się „mistrzów”, których autorytety pozostają ogra­niczone do jakiegoś jednego kierunku.